zamknij

Sport i rekreacja

Spotkanie z Andrzejem Wyglendą: pierwsza selekcja była w lesie, a nie na torze

2024-06-20, Autor:  Adam Doliba

W Centrum Handlowym Focus Park zostało zorganizowane spotkanie z Andrzejem Wyglendą, najbardziej utytułowanym żużlowcem w historii ROW-u Rybnik.

Reklama

Andrzej Wyglenda (rocznik 1941) czterokrotnie stawał na najwyższym stopniu podium Indywidualnych Mistrzostw Polski. Na swoim koncie ma tyle samo złotych medali imprez mistrzowskich na poziomie światowym.

Rybniczanin swój żużlowy debiut zaliczył 24 kwietnia 1960 podczas spotkania ROW-u z Unią Leszno:

Pamiętam, że zdobyłem na tym meczu jeden punkt. I to nie na własnym motocyklu. Tylko sędzia o tym nie wiedział. Bo na ostatnim łuku przed metą, jadąc na „zaszczytnej” czwartej pozycji, zawodnik z Unii upadł przede mną. Nie chcąc go najechać, złożyłem motocykl i też upadłem. Także go nie uderzyłem. Ale wtedy te motocykle się złączyły i każdy z nas powstał i złapał ten, co był najbliżej. I okazuje się, że wygrałem z nim ten wyścig na nogach i nie na moim motocyklu.

Cztery lata później Andrzej Wyglenda był już po raz pierwszy indywidualnym mistrzem Polski. Jak się czuł, gdy wygrał wśród wszystkich asów?

Wydaje mi się, że po prostu pozostali zawodnicy zapomnieli jak się jeździ i pozwolili adeptowi mistrzostw Polski wygrać.

A jak wyglądały początki Andrzeja Wyglendy w rybnickim klubie? Okazuje się, że były to przypadkowe sytuacje, które sprawiły, że został w szkółce.

To przypadek, że na jednym treningu akurat był ówczesny prezes klubu, Tadeusz Trawiński. Trener Józef Wieczorek powiedział wtedy, że muszę się pożegnać z żużlem, bo muszę jeszcze zjeść paręnaście bochenków chleba, żeby jeździć na takim mocnym motocyklu. Stwierdził, że nie mam do tego siły, żeby go utrzymać. Ale Trawiński stanął po mojej stronie. Przychylił się i zapytał Józefa Wieczorka, jak się ten młodzik nazywa? Ale Józef Wieczorek nawet tego nie wiedział. Pomimo tego Trawiński powiedział, że on musi jeździć, on mi się podoba. Tak właściwie się to zaczęło.

Andrzej Wyglenda trafił na rybnicki stadion dzięki swojemu ojcu:

On był, przepraszam za wyrażenie, zwariowanym kibicem żużla. Przed wojną chodził na żużel. Po wojnie nie było innej rozrywki w Rybniku. Zabierał mnie na każdy mecz. I tak jakoś doszło do tego, że nabywając w wieku 17 lat SHL 125 na przednich teleskopach, pojechaliśmy z kolegą na tor trochę poćwiczyć. Tam nas zobaczył gospodarz stadionu Studnik i widział jak szarżujemy. Powiedział, że w tym roku zapisują do szkółki i mamy się zapisać. I tak właściwie po namowie Studnika trafiłem do szkółki.

Konkurencja była wtedy dosyć spora:

Było nas 85. Ale pierwsi odpadli nie na terenie stadionu. Robiliśmy takie wstępne pokazówki co kto potrafi na wykopach powojennych w lesie. Tam się jeździło po wszystkich dziurach. I tam była pierwsza selekcja, gdzie Stanisław Tkocz z Wieczorkiem decydowali, że ten będzie jeździł, a ten nie. To wszystko na własnych motocyklach.

Żużlowcy byli szkoleni wtedy do jazdy w każdych warunkach:

Nie było możliwości odwoływania meczów. Wtedy nie rządzili zawodnicy, tylko działacze. Mecz miał się odbyć i koniec. Czy deszcz padał, czy były dziury, to się jeździło. Tak dotychczas jeździ się w Anglii. Tylko u nas teraz, przepraszam za określenie, wydaje mi się, że jeżdżą jakieś „dziewczynki”. Jak trochę pada deszcz, to już nie jadą, bo jest mokro i się boją. Może to wszystko robią pieniądze. A pieniądz niszczy człowieka.

W 1971 roku Andrzej Wyglenda z Jerzym Szczakielem wywalczyli na torze w Rybniku mistrzostwo świata w jeździe parami. Polacy zdobyli wówczas komplet punktów. Ten wyczyn został nawet zapisany Księdze Rekordów Guinnessa.

Pamiętam, że za ten tytuł dostaliśmy 5550 zł do podziału na dwóch.

Cały stadion był wtedy pełny. Wielu kibiców do dziś zastanawia się, czy Andrzej Wyglenda lubił jeździć w parze z Jerzym Szczakielem?

No nie bardzo. Bo on lubił prowadzić do bandy swojego kolegę.

W pamiętnym finale Andrzej Wyglenda zgodził się wystartować z Jerzym Szczakielem pod warunkiem, że ten będzie startował ciągle z trzeciego i czwartego pola.

Miałem wyobrażenie, że Szczakiel przy dobrych startach, wygrywając z pierwszego czy drugiego pola, pojedzie ze mną prosto w ogrodzenie. Nie da mi szans jazdy. Bo w tej dziedzinie to on był znany.

A jak wyglądały przygotowania Andrzeja Wyglendy do meczu ligowego?

Antek Woryna lubił być nawet dwie godziny przed meczem. Chodził po torze. A ja docierałem na stadion jak jeden z mechaników, świętej pamięci Konrad Kuśka, zagrzewał mi już motocykl. Tylko wchodziłem do szatni, żeby się przebrać i siadałem na motocykl. Nie lubiłem wcześniejszego pobytu na stadionie, bo mnie to denerwowało.

Podczas spotkania w galerii Focus Park padały również pytania o to, na jakich torach Andrzej Wyglenda czuł się najlepiej?

Każdy tor jest dobry, jeżeli człowiek ma dobrze przygotowany sprzęt i odpowiednie przełożenie. To było widać po torze, czy jest beton, czy jest przyczepnie. Niektórzy żużlowcy nie wiedzą, czego szukają. Jak dziś oglądam starty zawodników i ich kopanie w torze na starcie, to mnie to denerwuje. Nie wiem, po co to robią. Pół godziny kopie, a potem stanie obok. Myśmy podjeżdżali pod start i startowali.

Który moment w karierze Andrzej Wyglenda wspomina najlepiej?

Gdy zostałem indywidualnym mistrzem Europy, bo to było moje największe osiągnięcie. Tam była obstawa mistrzowska. Wtedy wszystko rozstrzygało się w jednych zawodach.

Podobnie zresztą było w mistrzostwach świata, gdzie o tytule decydowały jedne finałowe zawody. Andrzej Wyglenda wystąpił w pięciu z nich. Najlepsze ósme miejsce zajął w 1970 roku we Wrocławiu. Wcześniej, będąc u szczytu formy, trzy razy musiał ścigać się na nielubianym przez siebie stadionie Wembley. Za każdym razem zajmował tam odległe pozycje.

Byłem psychicznie wykończony z powodu tego Wembley. Pamiętam, że ze zdenerwowania wystartowałem tam raz bez laczka. Jak położyłem nogę na tor, to mnie podbiło i przeleciałem przez motocykl. I tak to wyglądało…

Karierę zawodniczą Andrzej Wyglenda zakończył 2 maja 1976 roku po wypadku w ćwierćfinale Złotego Kasku w Bydgoszczy. Doznał wtedy kompresyjnego złamania kręgosłupa. Kilka dni po tym wydarzeniu był transportowany samolotem do kliniki w Piekarach Śląskich. Podczas lotu doszło do kuriozalnej sytuacji. W samolocie skończyło się paliwo. Jak tę sytuację wspomina rybniczanin?

Tam były właściwie same przekleństwa. Tego nie powtarzajmy. Najbardziej zaklął lotnik. Jak się go zapytałem, dlaczego to czerwone światełko się świeci, bo u mnie w samochodzie to znaczy, że jest rezerwa paliwa, to on powiedział, że zapomnieli zatankować. Musiał lądować awaryjnie w Poznaniu. W międzyczasie wylądował tam samolot z Rzeszowa. Transportował jakąś kobietę do Bydgoszczy. Piloci dogadali się, po co mają lecieć tam i z powrotem. I zamienili się pacjentami. Także do Piekar Śląskich przyleciałem samolotem z Rzeszowa.

Andrzej Wyglenda bardzo chciał wrócić na tor, ale nie pozwolili na to lekarze:

Chciałem jeździć, bo nie odczuwałem żadnego bólu. Ale jak dostałem się do lekarza klubowego na wiosnę przed startami na torze, to zaczął mnie wypytywać o wszystkie moje urazy. Powiedział, że to musi być wpisane w kartotekę i decyzja jest jednoznaczna. Otwarł szufladę z czerwonym długopisem i przekreślił moją kartotekę. Miałem 35 lat i się rozpłakałem. Ciężko to przeżywałem. Nie mogłem się na niczym skupić. Po tych zdarzeniach chodziłem na każdy mecz. Ale potem, jak wyniki rybnickich zawodników zaczęły się pogarszać, to chodziłem wybiórczo.

Andrzej Wyglenda był uważany za mistrza ładnej jazdy technicznej. Już jako kibic obserwował w akcji wielu żużlowców. Czy w ostatnim czasie dostrzegł kogoś, kto jeździ podobnie jak on?

Bartosz Zmarzlik. Obserwowałem go w ubiegłym roku na mistrzostwach Polski w Rzeszowie. Jeździ identycznie jak ja jeździłem.

Warto dodać, że do dziś Andrzej Wyglenda stara się dbać o zdrowie:

Jeżdżę na rowerze, żeby utrzymać kondycję. Oczywiście nie wyczynowo, tylko spacerowo, ale staram się robić od 7 do 10 kilometrów dziennie.

Na koniec spotkania z kibicami Andrzej Wyglenda chętnie pozował do zdjęć i rozdawał autografy.

Wydarzenie w galerii Focus Park poprowadził Tomasz Raudner.

Oceń publikację: + 1 + 42 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu Rybnik.com.pl nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert Rybnik.com.pl

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera Rybnik.com.pl i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

MEN powinno wprowadzić zakaz wyjazdów dziecka na wakacje w trakcie roku szkolnego?




Oddanych głosów: 932