zamknij

Kultura, rozrywka i edukacja

Marzena Kuś: „Wyjazd na Reunion zawsze był moim marzeniem”

Zachęcamy do przeczytania reportażu nauczycielki języka francuskiego w G7, Marzeny Kuś, z niezwykłej wizyty studyjnej w Reunion.

Reklama

O wizytach studyjnych dowiedziałam się podczas jednej z konferencji na temat szkolnych projektów unijnych. Więcej informacji znalazłam na stronie programu „Uczenie się przez całe życie”. Nie wierząc, że cokolwiek z tego wyjdzie wypełniłam zaskakująco prosty i krótki wniosek. Zaznaczyłam cztery interesujące mnie wizyty, w tym tę na Reunion. Wyjazd na Reunion zawsze był moim marzeniem, dlatego byłam przekonana, że na pewno nic z tego nie wyjdzie. Jakież było moje zaskoczenie, gdy kilka tygodni później otrzymałam informację, że wraz z jedenastoma innymi osobami z całej Europy zostało przyznane mi dofinansowanie na wyjazd właśnie na tę wyspę. Tak bardzo w to niedowierzałam, że do chwili podpisania umowy bałam się cieszyć. W końcu marzenie się spełniło. Lot do Paryża. Potem przesiadka i jedenastogodzinny lot na Reunion. I oto jestem na wymarzonej wyspie! Pierwszy dzień po długiej podróży przynosi miłe zaskoczenie. Klimat jest ciepły, lecz powietrze nie dusi, nie jest ciężkie i wilgotne jak w tropikach. Pierwsze wrażenia raczej dobre, ludzie mili aczkolwiek wiele osób posługuje się kreolskim, co utrudnia komunikację. Znając napięty plan szkolenia wybieram się na plażę - nie wiem, czy będę jeszcze miała okazję zobaczyć ocean. W autobusie zaskoczenie - ludzie klaszczą w dłonie. Domyślam się, że tak sygnalizuje się kierowcy, że chce się wysiąść. Po godzinie jazdy autobusem okazuje się, że do plaży należy dojechać innym autobusem. Dokładnie wyjaśnia mi drogę stojący na przystanku rodowity Reuniończyk. Jest bardzo miły, jak większość ludzi tutaj od razu pyta skąd jestem. Odpowiedź, że z Polski budzi zdziwienie. Do tego też już jestem przyzwyczajona. Na koniec ostrzega przed rekinami. Dziękuję żartując, że nogi i ręce jeszcze mi się przydadzą. Niestety kupiony bilet nie obowiązuje. Kierowca macha ręką, pozwala jechać z niewłaściwym biletem. W zamian dostaje garść polskich cukierków. Docieram do plaży. Z zaskoczeniem odkrywam, że woda w Oceanie Indyjskim jest wyjątkowo ciepła. Delektuję się kąpielą, lecz przezornie trzymam się brzegu. Nie marzę o spotkaniu z żarłaczem ludożercą. Po kąpieli czas na piwko w plażowym barze. Francuzi twierdzą, że aperitif dobrze otwiera apetyt. Kto jak kto ale oni się znają na rzeczy. Miejscowe piwo Dodu (od nazwy wymarłego ptaka będącego symbolem wyspy) okazuje się dość jak na francuskie warunki tanie. Kosztuje niecałe 2 euro. Niedziela, na plaży nie ma tłumów. Potem opalam się i zapadam w sen. Na autobus czekam ponad godzinę. Tylko ja się niecierpliwię. Tubylcy zachowują spokój. Autobus w końcu nadjeżdża. Pytam kierowcę czy jest spóźniony. Odpowiada, że w niedzielę na Reunion rozkład nie obowiązuje. Wracając oblepiona piachem zwracam uwagę na różne rodzaje palm. Rozpoznaję już palmy kokosowe, daktylowe i moje ulubione butelkowe. Widzę też drzewo podróżnika. Czyżby sprowadzono je tu z Karaibów? Dojeżdżam do Saint Denis, to stolica. Chcę kupić jakieś napoje. Przez godzinę szukam sklepu. Bezskutecznie. Za to mijam chyba z 10 aptek. Tu ludzie chyba zamiast jeść biorą pigułki. Jak w Seksmisji. Jesteś głodny? Weź pigułkę.. Miasto wygląda na uśpione. Raczej nie będzie tu życia nocnego. Ostatecznie napoje kupuję w chińskiej jadłodajni, która będzie już zamknięta w kolejne dni robocze. Wracam do hotelu. Kąpię się, lecz ciężko pozbyć się piachu. Jest tłusty i klejący. Padam zmęczona na łóżko. Resztkami świadomości przypominam sobie o Coriolisie. Idę do łazienki, odkręcam wodę. Spływa w prawo, jak u nas. Słynne prawo okazuje się mitem. Małe rozczarowanie… Cóż, pomyślę o tym jutro...

>> Nauczycielka G7 na wyspie Reunion - zobacz więcej zdjęć w fotogalerii

Pierwszy dzień szkolenia to wizyta w uniwersyteckim Rectorat, gdzie w detalach prezentuje się nam francuski system edukacji. Nasza grupa to 12 osób: dwie Hiszpanki, dwie Angielki, dwie Włoszki, Belg, Turek, Niemka, Holenderka i my dwie Polki. Z Anią nawiązałam kontakt jeszcze w Polsce. Prezentacje trwają godzinami. We Francji edukacja nie jest eksperymentem jak w Polsce. Nie ma tu dewizy: "Spróbujemy, może zadziała". Wszystko jest dogłębnie przemyślane. I nie ma tu mowy o spontanicznych reformach przy każdej zmianie rządu. Francuzi właśnie wyrzucili nieefektywnego ministra edukacji. Jak wiemy z historii Francuzi się nie certolą. Pamiętamy, co zrobili z królem.. Planując zmiany w systemie nauczania wszyscy analizują potrzeby młodych ludzi a potem następuje głęboka refleksja, czy założony plan ma rację bytu. System edukacji jest tu swoistą filozofią. Rozumie się tutaj, że warto inwestować w wykształcenie młodych ludzi. Angielki nieco złośliwie parafrazują francuską dewizę: Równość, braterstwo, konformizm. Hmm... Coś w tym może jest? Po porcji energii w kubku kawy kontynuujemy pracę. Kolejne prezentacje mimo, że ciekawe ciągną się niemiłosiernie. Poniedziałki na Reunion także się dłużą... Przychodzi czas na główny temat szkolenia: języki obce. Ze zdziwieniem dowiaduję się, że oprócz angielskiego naucza się tu głównie niemieckiego. Jest też hiszpański i chiński, jednak niemiecki jest najpopularniejszy. Szkoły prowadzą stałą współpracę z niemieckimi placówkami, organizują wymiany oraz praktyki zawodowe dla młodzieży. Wielu uczniów stąd otrzymuje propozycje pracy w Niemczech. Później dyskutujemy między sobą na temat sensowności zachęcania młodzieży do jakby nie było emigracji. Przecież w przyszłości będą  płacić podatki w obcym kraju, nie we Francji. Mamy zjednoczoną Europę, kwitujemy. W globalnym sensie być może nie ma to znaczenia. Po obiedzie w szkolnej kantynie udajemy się do innej szkoły. Z nieba leją się tony wody. Katarina nie ma litości, pogania do autobusu. Dobiegam przemoczona do ostatniej nitki. Szefowa kwituje;”Jest ciepło”. Nie o takiej kąpieli marzyłam.. Bogowie zawsze rozumieją mnie inaczej.. Kąpiel miała być w oceanie... A rekiny finansjery, nie ludojady... Po drodze dyskutujemy na temat napiętego programu. Próbujemy coś wynegocjować z szefową Niemką. Widać od razu, że nie pójdzie łatwo. Wspólnym frontem przekonujemy, że aspekt kulturowy jest równie ważny. Nic tak nie integruje jak wspólny cel.. I wróg..W szkole Collège des Deux Canons obserwujemy przykłady symulacji teatralnej na lekcjach języka. Uczniowie powtarzają słówka z użyciem gestów. Dobra i skuteczna technika, muszę częściej ją stosować.. Potem uczniowie odgrywają scenki. Tę metodę także u nas często stosujemy. Zastanawiam się nad tematami... Na przerwie poruszamy z Katariną kwestię lekkiej modyfikacji programu. Szefowa kwituje: Zobaczymy. Rozumiem, że nie ma szans. Kolejny punkt programu: nagrane przedstawienia uczniów. Puszczają film o Hitlerze. Zastanawiam się, co to oznacza. Ja w każdym razie więcej nie będę już pytać o zmianę programu... Okazuje się, że uczniowie odgrywając scenę z obozu uczą się historii i niemieckiego. Mam mieszane uczucia, zerkam na Niemkę Belinę, lecz nic nie odczytuję z jej twarzy. Zastanawiam się, jaki u nas byłby odbiór tak dobranej metody. Kończę o 16.30. Do hotelu wracam godzinę później. Już więcej nie będę narzekać na swojego szefa... No, może tylko w poniedziałek..

Wtorek to kolejny dzień ciężkiej pracy. Jesteśmy w liceum zawodowym Stella Saint- Leu. Pięknie stąd widać ocean. Zamykają nas w nieklimatyzowanej sali. Najpierw prezentowane są metody z zastosowaniem nowoczesnych technologii. Oglądamy film, na którym nauczyciel rozdaje tablety uczniom i rejestruje ich wypowiedzi. W domu przy użyciu programu do obróbki dźwięku zaznacza sygnałem błędy uczniów. Na następnej lekcji uczniowie otrzymują nagranie i sami poprawiają swoje błędy. Zastanawiam się, ile czasu poświęconego w domu oraz ile umiejętności informatycznych ze strony nauczyciela to wymaga. Jednak metoda wydaje się ciekawa i przyszłościowa. Następne prezentacje nie są tak ciekawe. Na przerwie podchodzi do mnie uczeń i wita się po polsku. Przedstawia się też po polsku. Okazuje się, że mieszkając we Francji zafascynowany Polską wybrał naukę naszego języka. Teraz już wiem, co odpowiadać uczniom pytającym, gdzie uczą polskiego. Teraz naprawdę cieszę się szkoleniem.   Po przerwie uczniowie opowiadają o wymianach międzynarodowych i swoich doświadczeniach. Potem jedziemy na obiad do restauracji obsługiwanej przez uczniów w liceum gastronomicznym Renaissance. Obiad elegancki jednak prawie surowy befsztyk z jagnięciny chyba jeszcze oddycha. Zmuszam się do zjedzenia jednak z każdym kęsem mięso coraz bardziej rośnie mi w ustach. Po obiedzie uczniowie pytają, jak smakowało. Włoszka zauważa, że mięso powinno być bardziej wypieczone. Kelnerzy tłumaczą, że danie dlatego nosi nazwę rosé. Voilà! Po obiedzie bierzemy się do pracy. Z naszej sali widać ocean, do którego wyrywa się każda cząstka mojego ciała. Dziś połowa z nas prezentuje system edukacji w swoich krajach. Przedstawiam prezentację, którą zrobiłam w domu. Inni także. Rozpoczyna się dyskusja. Rozmawiamy głównie o nauczaniu języków. Kończymy znowu o 16.30. W drodze powrotnej Katarina oświadcza, że w kolejnym dniu zostanie skrócona debata. Dzięki temu autobus zawiezie nas o 15 na plażę. Alleluja! Jednak musimy opracować sami raport. Oznacza to pracę wieczorem. Uzupełniamy raport do prawie 11 w nocy.

W środę opuszczamy hotel o 7 rano. Dziś jedziemy na drugi koniec wyspy do liceum François le Mahy. Mam dobry humor. Dzisiaj pójdę na plażę! Przed szkołą spotykam się ze znajomym kolegi, który przekazuje dla niego typowo polski prezent. Niewiarygodne jaki ten świat mały. Dokonujemy wymiany podarków, rozmawiamy chwilę. Przy pierwszym spotkaniu zaprasza do siebie na wakacje. Super! Idę do szkoły. Tym razem oceanu stąd nie widać. Dyrektor wita nas poczęstunkiem. Potem prezentacja szkoły i programu CASNAV. To program dla uczniów i rodzin przybywających na wyspę z Mayotte, Madagaskaru, Komorów a nawet Chin. Priorytetem jest pomoc dla tych uczniów w postaci opanowania języka francuskiego. Utrudnieniem tu jest tu powszechnie używany język kreolski. Następnie następuje prezentacja programów realizowanych przez szkołę. Zaskakujące, że Katarina i inni inspektorzy doskonale orientują się we wszystkich działaniach podejmowanych przez szkoły. Tu inspektorzy mają inną rolę niż u nas. Nie tyle kontrolują, co wspierają i angażują w nowe działania. To naprawdę inspirujące. Potem jedziemy do miejscowej restauracji, gdzie zjemy typowo kreolski posiłek. Kuchnia kreolska Reunion to mieszanka kuchni francuskiej i orientalnej. Podstawą tej kuchni jest ryż. Próbuję wszystkiego po trochu. Nakładam odrobinę zielonkawego sosu. Po sekundzie mam wypalone usta. Wychylam duszkiem szklankę wody lecz usta i język palą żywym ogniem. Z oczu wypływają łzy. Wychodząc każę sobie zapakować piekielnego sosu. Zabieram go ze sobą! Jedziemy na plażę! Jest ekstra. W autobusie Katarina objaśnia gdzie i o której będzie zbiórka i co warto zobaczyć w miasteczku St Gilles Les Bains. Vamos a la playa! Super, dziękujemy jej za ten gest. Nawet ją lubię. Autobus zatrzymuje się ok 5 km przed miasteczkiem. Pytamy, czy autobus przejedzie przez St Gilles. Odpowiada, że nie. Decydujemy iść pieszo. Nasz autobus nas mija i kieruje się dokładnie w stronę miasteczka. Jednak nie, nie lubię jej. Szkoda mi czasu, decyduję złapać stopa. Nie boję się, umiem negocjować i chodzę od całych dwóch miesięcy na samoobronę. Macham ręką, nic. Co jest? Mijają mnie czarni, kilku białych. W końcu zatrzymuje się Francuz, biały, też nauczyciel. Wyjaśnia, że tu mało kto jeździ stopem. Ja jeżdżę... Zawozi mnie gdzie proszę. Idę na plażę. Jest fajnie…

Czwartek. Kolejna szkoła to Liceum Paul Moreau. Wyjeżdżamy z hotelu  znowu o 7 rano. Pomyliłam godzinę więc śniadanie jem w biegu. Może to dobrze, bo czuję, że sukienka chyba mi się skurczyła. Liceum jest ogólne i zawodowe. Wita nas dyrektor. Opowiada o funkcjonowaniu szkoły i ewentualnych problemach. Zwiedzamy szkołę. Dyrektorka Włoszka pyta o odpowiedzialność i autonomię dyrektora w podejmowaniu decyzji w realizacji projektów. W odpowiedzi wtóruje nasza pani inspektor Katarina. Okazuje się, że większość decyzji jest odgórnych. Włoszka lustruje budynek. Mury są surowe, tynk nigdy niemalowany. Szeptem pytam ją, czy nie trzeba pomalować ścian. Uśmiecha się porozumiewawczo. Następnie kierujemy się do klasy, gdzie będziemy uczestniczyć wspólnie z uczniami w zajęciach angielskiego. Dla mnie super. W końcu trochę praktyki zamiast suchej teorii. Przerwa na kawę, która smakuje dziś wyśmienicie. Do tego ciepłe, jeszcze świeżutkie croissanty. Nie zastanawiam się długo. Będę odchudzać się w Polsce. Do tego sok, mój ulubiony, pomarańczowy. Niesamowite, jaki pyszny... Smakuje inaczej niż u nas.. Gęsty i z miąższem... A jak tu smakują ananasy... Ja was proszę... Mają tu specjalną odmianę Victoire... Małe, soczyste, niewiarygodnie słodkie.. Kolejne zajęcia to lekcja niemieckiego z użyciem tablicy interaktywnej. W grupie ośmiu uczniów. W rysach ich twarzy widać mieszaninę Europy, Azji i Reunion. Mają 16 lat, są w pierwszej klasie. W grupie jedna dziewczyna. Jest wyjątkowo ładna, mogłaby być modelką. Uczniowie pracują z użyciem tablicy interaktywnej. Potem praca w grupie. Muzyka oznacza koniec ich czasu. Jeden z uczniów prezentuje rezultat wspólnej pracy. Następnie zadaje pozostałym pytania. Uczniowie dość płynnie odpowiadają. Jestem zaskoczona ich poziomem. Następnie dokonują samooceny na podstawie otrzymanej od nauczyciela punktacji. Podczas prezentacji zostali sfilmowani przez nauczyciela. Nazajutrz dokonają analizy swoich wystąpień i popełnionych błędów. Potem spotykamy się z kadrą zarządzającą szkołą i nauczycielami. Teraz jest czas na zadanie nasuwających się pytań oraz na dyskusję. Rozmawiam z nauczycielem technologii. Pytam go, dlaczego wybrał Reunion. Szczerze odpowiada, że dobrze się tu czuje i jest to dobre miejsce do życia. Bez fałszywej skromności dodaje, że nauczyciele są tu klasą uprzywilejowaną. Mają 63% dodatek za pracę w terytorium zamorskim. Żyjąc we Francji należałby do klasy średniej. Tu żyje na wyższym poziomie. Na dodatek na rajskiej wyspie, dodaję w myślach.. Faktycznie większość nauczycieli tu pochodzi z Europy: Francji, Anglii, Niemiec. Pytam jeszcze o poczucie tożsamości autochtonów. Dowiaduję się, że nie ma tu tak silnych animozji jak na Antylach. W dodatku wyspa jest stosunkowo niedawno zaadaptowana. Widać to nie tylko po stylu zabudowy czy stopniu przygotowania bazy turystycznej lecz ogólnie w mentalności ludzi tu żyjących. Ponadto klimat jest bardziej znośny dla Europejczyków. Dziś pracuje się zdecydowanie lepiej. Nie widać co prawda oceanu a góry, lecz na plecach czuje się przyjemny powiew. W dodatku słychać szum palm i śpiew egzotycznych ptaków. Niektóre trele przypominają szczenięce poszczekiwanie.. Obiad jemy w szkolnej stołówce. Wybieram kaczkę. Jest też diabelski sos. Kucharka odradza. W końcu zabiera półmisek z sosem. Mówi, że nie chcą nas zabić...Na deser zabieram owoce gujawy. Takich jeszcze nie jadłam. Małe, wyglądają jak rajskie jabłka. Siadam przy obiedzie z dyrektorem, pytam o rolę związków zawodowych. We Francji nauczyciel jest urzędnikiem państwowym. Nie może stracić pracy. Jeśli nie ma dla niego godzin, przenosi się go do innej szkoły. Jest to zmartwienie wszystkich, tylko nie jego. Związki we Francji są silne lecz zajmują się raczej warunkami pracy. W przerwie z Anią, Włoszką i Turkiem idziemy na spacer. Widzimy prywatną hinduską świątynię. Kręcimy się zaciekawieni. Hindusi zapraszają nas do środka. Robimy zdjęcia. Pytają skąd jesteśmy... Z Polski?! Widać, że lubią Polskę… Idziemy dalej. Rozpoznaję owoce drzewa chlebowego, śliwki cythère, gujawę, papaję. Widzę olbrzymie owoce na drzewie. Pytam miejscowych co to? Grejfruty. Takie wielkie?! Chyba jednak pomelo, myślę. Proszę o zdjęcie ananasa. Zdjęcie nie wychodzi. Przeskakuję w sukience przez murek, sama sobie zrobię. I znowu powtórka z rozrywki: nie , nie na wakacjach, szkolenie, tak nauczycielka, z Polski, tak, naprawdę z Polski. Żegnam się pospiesznie, za 3 minuty zaczynam szkolenie. Pozostałe kraje przedstawiają swoje systemy edukacji. Ciekawe to ale ja już nie mogę. Został jeszcze Belg Dominik. Teraz na pewno będzie długo. Nie pomyliłam się, jest długo. Na szczęście przyniósł belgijskie czekoladki. Ale te nie starczają na długo...Ta gaduła będzie nas chyba męczyć do jutra... Kto to widział, żeby chłop tyle gadał? Jednak Dominik pokazuje parę perełek.. Na przykład filmy, które sam nakręcił.. Dominik pokazuje swoje prezentacje i filmy. Są naprawdę ciekawe, widać, że włożył w to dużo pracy. Na pewno jego lekcje są ciekawe. Jednak nie sposób pokazać wszystkiego w godzinę. Prezentacja Belga przeciąga się o kolejną godzinę. Najwyraźniej chce się pochwalić swoim dorobkiem. Okazuje się, że równie dobrze sam mógłby prowadzić szkolenie. Po co więc tu przyjechał? Jest godzina 17. Wszyscy są zmęczeni i głodni. Powrót do hotelu zajmie godzinę. A o 19 musimy zasiąść do raportu.. Jeśli skończymy go w piątek rano, jest szansa, że o 12 wrócimy do hotelu. Większość z nas planuje wybrać się na najsłynniejszy targ na wyspie, do miasteczka Saint Paul oddalonego od nas o jakąś godzinę autobusem. Faktycznie, dzień jest długi i męczący. Siedzimy nad raportem do późna. Jak zwykle rozwija się dyskusja. Belg z Holenderką wdają się w filozoficzne dywagacje na temat metodologii nauczania języków. Sięgają do podstaw językoznawstwa przywołując teorie Chomskiego i de Saussure'a. Przerywam te rozprawy i nakłaniam do powrotu do naszych baranów. Po francusku to wyrażenie oznacza powrót do rzeczy. Czy tylko mi zależy na tym, żeby skończyć ten raport? Co będzie, jak go nie skończymy? Katarina zamknie nas i nie wypuści? A co z tymi, którzy wieczorem mają już samolot? Wracamy więc do raportu, nad którym ślęczymy do północy...

Piątek to ostatni dzień. Dziś możemy się wyspać. Wyjeżdżamy o 8.30. Jestem zadowolona - zostały nam tylko cztery punkty raportu do uzupełnienia. Podzielimy się na grupy więc na pewno pójdzie jak płatka. Już cieszymy się na zakupy. Podobno można tu tanio kupić wanilię i przyprawy. Praca idzie sprawnie. Kończymy o 11. Katarina zdaje się tego nie zauważać. Siedzi zajęta przy swoim laptopie. Wnosimy kupione dla niej kwiaty. Przyjmuje je dziękując i przepraszając za tak napięty program. Ja jako jedyna wręczam przywiezione ze swojego kraju smakołyki. Katarina mówi, że mieszka na wyspie i wie, że jest tam co zwiedzać.. Belg, Holenderka wraz z Angielkami łaskawie odpowiadają, że nie ma problemu. Oczywiście! Oni zostają jeszcze 5 dni! Dla mnie niepojęte, ja musiałam pisać prośbę o dodatkowy dzień! Z przekąsem dorzucam, że z autobusu też ładnie było widać wyspę. Nikt zdaje się nie zauważać ironii. Katarina oświadcza, że nie zdążyła przygotować certyfikatów. Dodaje, że autobus przyjedzie po nas o 15. Mamy więc czekać cztery godziny. Nie tylko nie skończymy wcześniej lecz godzinę później.. Nici z targu. Jednak nie, nie lubię jej! Teraz jestem już pewna! Upewniam się, że szkolenie skończone. Biorę swoje rzeczy, wychodzę. Mój czas jest zbyt cenny, żeby go marnować. Nie po to przejechałam pół świata, żeby nic nie zobaczyć. Jadę na targ. Jest piękny. Egzotyczne owoce, warzywa. Plecione torby we wszystkich kolorach tęczy, oprócz tego kosze i kapelusze. No i przyprawy. Różne, wiele dla mnie nieznanych. Kupuję wanilię. Najbardziej jednak fascynują mnie rysy twarzy autochtonów. Twarze ludzi w różnym wieku. Niepowtarzalne, w moich oczach piękne. Potem plaża. Zasypiam pod palmą, słońce przesuwa się, pali mi połowę ciała. No pięknie! Gdy przyjadę spalona słońcem nikt mi nie uwierzy w tak intensywne szkolenie. Piątkowy wieczór kończymy wspólnie. Wymieniamy maile, obiecujemy pozostać w kontakcie. Dominik przynosi rum, Antonet owoce, ja polską kiełbasę. Ta ostatnia robi furorę. Jej zapach niesie się po całym hotelu. Jest bardzo sympatycznie.

W sobotę wspólnie z drugą Polką i Hiszpanką wynajmujemy niedrogo samochód. Hiszpanka mówi tak niewyraźnie po francusku, że połowy nie rozumiem. Za to jest przesympatyczna i niesamowicie wdzięczna za przygarnięcie jej do nas. Belg, Holenderka i Niemka jej odmówili. Podobno nie mają miejsca. Dla nas nie ma problemu. Im nas więcej, tym raźniej. I taniej. Wyjeżdżamy z hotelu o 6 rano. Pada, jest brzydko. Belg z koleżankami wyjechał na wulkan już o 4 rano. Chcieli zobaczyć wschód słońca na wulkanie. Wjeżdżamy na wulkan krętymi górskimi dróżkami. Pogoda coraz gorsza, pada coraz bardziej. Dojeżdżamy o 8 rano. Nic nie widać. Leje jak z cebra, przeraźliwa mgła i zimno. Bardzo zimno. Robimy kilka fotek i uciekamy do samochodu. Rezygnujemy jednomyślnie z wdrapywania się na krater. Nawet nie widać, z której strony ten się znajduje. Nie widać prawie nic. W aucie żartujemy nieco złośliwie z naszych znajomych i ich wschodu słońca. Decydujemy się pojechać zobaczyć wodospady Cirque de Salazie. Docieramy do górskiego miasteczka Hell Bourg koło południa. Jest piękne, podobno najbardziej malownicze na wyspie. Powinno nazywać się Paradise Bourg. Wodospady są imponujące. Nie dowierzam, że tu jestem. Niesamowite, marzenia jednak się spełniają. Nadchodzi czas na kawę. Wszyscy o niej marzymy. Nie ma jednak żadnej kawiarni. Wchodzimy do restauracji. Niestety jest pora obiadowa, więc napić się kawy będzie trudno. W restauracji odmawiają podania kawy. Najpierw trzeba zjeść obiad. Typowe. Przypominam sobie, że jestem jednak we Francji. W następnej i kolejnej mówią nam to samo. Nigdzie nie ma kawiarni. W końcu decydujemy się zjeść obiad, żeby móc się napić kawy. Kelnerka słyszy jak rozmawiamy z Anią i odpowiada nam po polsku. Okazuje się, że przez rok mieszkała w Polsce. Niewiarygodne..Robimy ostatnie zdjęcia, opuszczamy ten górski raj. Po drodze zatrzymujemy się kilka razy by zrobić zdjęcia zapierających dech w piersi widoków. Zabierzemy je w naszych aparatach ze sobą. Zauważam pole ananasowe. Na wstecznym cofamy do tego miejsca. Jak dzicy wpadamy w ananasy, lustrujemy jak rosną. Obok na drzewach rosną banany. Niektóre już dojrzałe. Jest też drzewo awokado. Owoce są olbrzymie, ciężkie, niektóre zwisają przy ziemi. Robimy fotki. Wszystkie są wspaniałe. Na koniec częstujemy się bananami. Są malutkie i megasłodkie. Niebo w gębie. Potem jedziemy nad wodospad Niagara. Tu brodzimy trochę w wodzie. Znów zdjęcia. Tu też jest przepięknie. Wokół egzotyczna podzwrotnikowa roślinność: gaje palmowe i bananowe. I trzcina cukrowa. Robi się z niej oczywiście cukier. I rum. Oczywiście! Na koniec odszukujemy słynną plantację wanilii. Ta rośnie jak fasola owinięta wokół drzew. Jestem troszkę rozczarowana, że akurat nie ma kwiatów. Chciałam sprawdzić, jak pachną. Nic nie kupujemy, jest tu dużo drożej niż na targu. To już koniec wycieczki lecz jesteśmy naprawdę szczęśliwe z tak spędzonego dnia. To prawdziwa wisienka na torcie. Opuszczając wyspę bez tej wycieczki czułabym niedosyt i rozczarowanie. Wrażenia z tego bajkowego dnia będę długo odtwarzać w pamięci. Wieczorem idę pożegnać ocean. Moim zwyczajem wrzucam grosik do wody. Wrócę tu kiedyś po niego. Odchodzę lecz zawracam. Wrzucam kilka centów. To pewniejsze! Teraz mogę już wracać do domu. Mam już wystarczająco dużo zdjęć...

Wartościowy artykuł? Cieszymy się! Jesteśmy niezależnym medium, a nasi dziennikarze codziennie starają się przedstawiać Ci rzetelne informacje. Jeśli doceniasz naszą pracę, możesz nas wesprzeć. WSPIERAJ NAS! »

Oceń publikację: + 1 + 17 - 1 - 4

Obserwuj nasz serwis na:

Komentarze (2):
  • ~Robin Tell 2014-05-30 21:50:39

    Szkoda, że pani Martyna zdjęć ze swoich wojaży nie wrzuciła na fejsbuka.

    0 0
  • ~Ela Luczak 2017-02-20 16:46:06

    A ja właśnie jestem w Saint Pierre na Reunionie

    0 1

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu Rybnik.com.pl nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert Rybnik.com.pl

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera Rybnik.com.pl i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy będziesz głosował 10 maja w wyborach prezydenckich?




Oddanych głosów: 12538