Red.: Pod koniec zeszłego roku sytuacja z nowym kontraktem dla rybnickiego szpitala była dramatyczna. Na jakich w końcu warunkach udało się podpisać kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia?
Tomasz Zejer: Rzeczywiście końcówka negocjacji warunków kontraktu była bardzo dramatyczna. Z obu stron zbliżanie stanowisk odbywało się bardzo opornie. Nie miałem jednak innego wyjścia. Nie mogłem przyjąć początkowych propozycji NFZ. Misją szpitala jest leczenie, a stawiane nam warunki nie były adekwatne do świadczonych przez nas usług zdrowotnych. A przypomnę, że w zeszłym roku hospitalizowanych było u nas 40 tysięcy pacjentów, a szpital łącznie wykonał 160 tysięcy świadczeń zdrowotnych. W efekcie tej różnicy stanowisk, podpisaliśmy kontrakt jako jeden z ostatnich szpitali w województwie. Dzięki przychylności dyrektora śląskiego oddziału NFZ otrzymaliśmy dodatkowe 800 tysięcy złotych. Nie zmienia to faktu, że budżet szpitala na ten rok się nie domyka. Jakiej kwoty nam brakuje? Niech to pozostanie tajemnicą handlową. Mam nadzieję, że w toku renegocjacji kontraktu w ciągu roku, ten budżet zbilansować.
W grudniu dyrekcja szpitala ostrzegała, że z powodu zbyt skromnych środków, 9 na 10 pacjentów przyjmowanych będzie w trybie ostrego dyżuru. Oznaczałoby to wydłużenie kolejek na planowane zabiegi. Jak teraz wygląda sytuacja oczekujących na operację w rybnickim szpitalu?
Przytoczę kilka przykładów. Kolejka na oddział urazowo-ortopedyczny sięga listopada br., a więc pula zabiegów na ten rok praktycznie została wyczerpana. Na zabiegi alloplastyczne zapisujemy na 2012 rok, podobnie wygląda sytuacja z zabiegami chirurgii okulistycznej. Coś więc chyba nie gra, bo rolą szpitala nie powinno być ustawianie ludzi w kolejce, a leczenie. Tym bardziej, że nie wykorzystujemy ogromnego potencjału, jaki ma ten szpital. Oczywiście, ta sytuacja wprost wynika ze strategii jaką przyjmuje NFZ. Jego celem jest zabezpieczenie leczenia najbardziej dolegliwych chorób i zdarzeń jakie spotykają pacjentów. Nie narzekamy więc na brak środków na oddział intensywnej terapii, na leczenie nowotworów, chorób wieńcowych, czy funkcjonowanie „porodówki”. Pozostałe oddziały szpitala są mocno niedoinwestowane i lekarze zamiast leczyć, operować, muszą patrzeć czy przypadkiem nie wykorzystali już limitu na bieżący rok. Mamy więc do czynienia z wartościowaniem chorób i dolegliwości. A tak nie powinno być, bo do szpitala nikt nie przychodzi dla przyjemności i przysłowiowe zapalenie ucha dla danego, konkretnego człowieka, jest problemem, który szpital powinien rozwiązać.
Dyskusja na temat uzdrowienia służby zdrowia wraca jak bumerang. Jak dotąd, w minionych kilkunastu latach, żaden z kolejnych ministrów zdrowia nie był w stanie zaproponować i wdrożyć działań, które realnie poprawiłyby sytuację. Czy wierzy pan jeszcze, że znajdzie się ktoś, kto skutecznie zreformuje ochronę zdrowia? Jakie decyzje trzeba podjąć?
Powodem, dla którego nikomu jeszcze nie udało się przeprowadzić głębokiej reformy jest fakt, że do podjęcia są trudne decyzje, wymagające wytłumaczenia społeczeństwu, że zdrowie jest wymierną wartością. Wartością podobną do nieruchomości, czy samochodu. A więc również za zdrowie musimy jeśli nie płacić, to przynajmniej współpłacić. Konkretnym rozwiązaniem, które wydaje mi się rozsądne jest objęciem całkowitym ubezpieczeniem zdrowotnym dzieci i młodzieży do 18. roku życia oraz osób powyżej 65. roku życia. Obywatelom w wieku produkcyjnym trzeba natomiast zaproponować ubezpieczenia dodatkowe i współpłacenie za poszczególne usługi zdrowotne. Twierdzę, że takie rozwiązanie, paradoksalnie, zwiększy poczucie bezpieczeństwa obywateli. Trzeba skończyć z fikcją bezpłatnej służby zdrowia, która jest teraz.
Pana poprzednik permanentnie musiał walczyć na dwóch frontach: z jednej strony o kontrakt z NFZ, z drugiej strony w szpitalu ze strajkującymi lekarzami i pielęgniarkami. Jak to się stało, że pan przez 2 lata unika poważniejszych konfliktów z załogą?
Dla porządku przypomnę, że personel szpitala to nie tylko lekarze, pielęgniarki, ale i pracownicy administracyjni. Jak się udaje dogadywać? Po pierwsze, trzeba rozmawiać. Po drugie, w zeszłym roku były u nas podwyżki płac. Czy były one satysfakcjonujące? Z pewnością nie. Oczekiwania płacowe każdej z grup zawodowych są wyższe. Fakty są takie, że w tej chwili nie stać szpitala na ich spełnienie. Faktem też jest to, że 2 lata temu średnia pensja lekarza wynosiła nieco ponad 2000 złotych brutto. Dziś tyle średnio zarabiają pielęgniarki, a więc trudno nie dostrzec progresu.
Czy w ramach tegorocznego kontraktu ma pan środki na zakup nowoczesnego sprzętu medycznego?
Brakuje nam środków inwestycyjnych. Mamy do czynienia z pewnym niebezpiecznym zjawiskiem: jesteśmy postrzegani jako nowy szpital. Tymczasem, nasz rezonans magnetyczny, urządzenia RTG, czy ultrasonografy mają już ponad 10 lat. Jest to więc zamortyzowany sprzęt, którego wartość księgowa wynosi 0, a na całym świecie 10-letnie urządzenia traktowane są jako wyeksploatowane. Nie stoję jednak z założonymi rękami. Staramy się uzyskać dofinansowanie zewnętrzne, m.in. z programu Infrastruktura i Środowisko, gdzie chcemy się ubiegać o 1,5 miliona złotych. Uzyskałem od wicemarszałka Kleszczewskiego zapewnienie, że jeśli pojawią się oszczędności, urząd marszałkowski wesprze ten projekt poprzez pokrycie wkładu własnego.
Oszczędnościom po stronie szpitala ma służyć własne ujęcie wody. Czy szpital czerpie już wodę z własnego źródła?
Tak, rozpoczęliśmy 12 lutego. Uruchomienie tego źródła wiązało się z wieloma działaniami natury technologicznej, ale na szczęście mamy już to za sobą.
Na jakie oszczędności możemy więc liczyć?
Szpital zużywa około 9 m3 wody na godzinę. Obliczyliśmy, że do końca tego roku zaoszczędzimy 207 tysięcy złotych. Nie jest to może oszałamiająca kwota, ale w naszej sytuacji nie mogliśmy sobie pozwolić, aby z tej szansy nie skorzystać. Jestem przekonany, że perspektywie długoletniej ta inwestycja ma sens.
Kilka lat temu dyrektor Gnot dokonał outsourcingu przygotowania jedzenia dla szpitala, które od tamtego czasu wykonuje firma zewnętrzna. Takie rozwiązanie krytykował z kolei dyrektor Gębarski, który wskazywał, że szpital nie ma kontroli nad jakością jedzenia, które spożywają pacjenci. Ci ostatni z kolei narzekają na to, że na górne piętra obiady przyjeżdżają wystudzone. Jak sytuacja wygląda teraz?
Nadal jedzenie przygotowuje firma zewnętrzna. Jest to rozwiązanie korzystne dla szpitala z finansowego punktu widzenia. Co ważne, nawet jeśliby jedzenie było przygotowywane tak jak kiedyś, czyli przez personel szpitala, nie uniknęlibyśmy problemu zbyt niskiej temperatury pokarmów. Infrastruktura szpitala jest taka, że kuchnia jest w znacznym oddaleniu od budynku głównego. W szpitalu, transport jedzenia na górne piętra opóźnia niedostateczna ilość wind. Kiedyś nawet sprawdzałem, czy byłoby możliwe dobudowanie dodatkowych wind. Z technicznego i finansowego punktu widzenia jest to w zasadzie niewykonalne. Ponadto nieprawdą jest, że jako szpital nie mamy teraz kontroli nad jakością przygotowywanego jedzenia. Nasi dietetycy kontrolują kaloryczność przygotowywanych potraw. Jedzenie i naczynia są też sprawdzane pod kątem bakteriologicznym. Efektem tych kontroli jest m.in. to, że firma przygotowująca jedzenie zapłaciła już karę umowną za zbyt małą kaloryczność posiłków. Jak pan widzi, jest szereg argumentów przemawiających za tym, że obecne rozwiązanie jest najlepsze.
Czy szpital ma jakieś problemy z naborem lekarzy specjalistów lub pielęgniarek?
Zasadniczo nie. Stale mamy bazę kandydatów do pracy na różne stanowiska. Owszem, zdarzają się nagłe sytuacje, że potrzebujemy wyspecjalizowaną pielęgniarkę np. do pracy anestezjologicznej i akurat w naszej bazie nie ma takiej osoby. Wtedy potrzeba trochę czasu, aby znaleźć odpowiedniego pracownika.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Wacław Wrana
Tomasz Zejer – urodził się w 1958 w Bytomiu. Absolwent I Liceum Ogólnokształcącego im. Powstańców Śląskich w Rybniku. Ukończył Śląską Akademię Medyczną (1983 r.). W 1986 roku uzyskał I st. specjalizacji, w 1991 roku II st. specjalizacji. W 1996 obronił pracę doktorską. W 2008 roku ukończył studia podyplomowe z zakresu zarządzania placówkami służby zdrowia.
Od początku kariery zawodowej związany z oddziałem ortopedycznym rybnickiego szpitala. W 1997 roku został dyrektorem Zakładu Lecznictwa Ambulatoryjnego. W latach 2001-2008 roku był zastępcą dyrektora ds. lecznictwa Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 3 w Rybniku. W lutym 2008 roku został dyrektorem lecznicy. Biegły sądowy z zakresu ortopedii.
Rodzina: żonaty, 5-letnia córka. W wolnych chwilach czyta książki historyczne (historia współczesna Polski), chodzi na spacery ze swoim psem (wyżeł).